
Leslie jest tam, gdzie pozostawiliśmy ją w poprzednim tomie, czyli próbuje powstrzymać wilczego boga przed zawładnięciem jej ciałem, a tym samym rozszarpaniem (bądź zmiażdżeniem) wszystkich dookoła. Większość trzeciego tomu „Wbrew naturze” opiera się na wspomnieniach, głównie matki Leslie. Ów wątek miał potencjał, by jako jedyny uratować ten komiks. Opowieść o kobiecie, nad którą znęcał się mąż i która po dwóch zawodach miłosnych w końcu odnajduje (pozorne) szczęście w ramionach członka sekty, co koniec końców doprowadza ją do szaleństwa – to mogło się udać. Niestety, zamiast zająć się pogłębieniem tej postaci, sprawa z matką Leslie została przez autorkę komiksu zlekceważona i załatwiona dosyć szybko. Co dziwi i smuci, tym bardziej, że jedna z bohaterek, kreowana na jedną z tych „dobrych” okazuje się być przyczyną większości problemów matki Leslie (na samym końcu główna bohaterka wspomina, że zniknięcie kochanka jej matki nie było przypadkowe).

Ładnie opakowana, ale jednak kupa
Sceny akcji są krótkie i polegają głównie na niepotrzebnym biadoleniu, zakończonym jednym skutecznym uderzeniem Khala. Ponad to, są boleśnie przewidywalne – w ogóle, cała fabuła tego tomu nie zaskakuje nawet przez chwilę.
Trzeciemu tomowi „Wbrew naturze” nie pomagają nawet rysunki. To wciąż ładne cieniowanie i zachwycający dobór kolorystyki. To wciąż mocno przeseksualizowane postacie i brutalnie i mocno pokazane skutki ataków oraz rany. Tylko co z tego, gdy kuleją sceny akcji? Tylko co z tego, skoro Andolfo ewidentnie bardziej przykłada się do narysowania planszy z wypiętą Leslie, niż do skonstruowania komiksu, jako całości?

Publikowanie komentarza