
Recenzując dwa poprzednie tomy byłam zachwycona przewrotnością, symboliką i nagromadzeniem wątków queerowych w serii o Mephistophelesie. Prawdę mówiąc, główna oś fabularna (a raczej osie, bo były dwie – tajemnica „nieśmiertelnych trzewi” i pochodzenie Soyogiego Kazukiego) nie zajmowały mojej głowy, podczas czytania, na tyle mocno, co relacja między tytułowym doktorem a jego męskim znaleziskiem.
Jednak scenarzysta, Hideyuki Kikuchi, oprócz zabawy chrześcijańskimi mitami oraz kwestiami orientacji i płciowości, rad nie rad, musiał zamknąć wszystkie wątki fabularne. Musiał – bo mam wrażenie, że nie o to w „Doctorze Mephistophelesie” chodziło.

Walka o trzewia trwa, szpital ucierpiał, a towarzysze broni słynnego doktora nie radzą sobie z przeciwnikiem. Do akcji wchodzi więc sam tytułowy bohater, nie pozostawiając wątpliwości w kwestii tego, kto tu jest szefem. Ostatni tom mangi jest więc naładowany scenami akcji, w których przeciwnicy stosują nadprzyrodzone umiejętności. Te może i nie są zbytnio nowatorskie, a wspominanie o nich może brzmieć śmiesznie (spotkałam się z recenzją, która jedną z mocy nazywała tłuszczo-woskiem), ale za to dają spore pole do popisu rysowniczce, Kairi Shimotsuki.
Warstwa graficzna była tym, co najbardziej urzekło mnie w serii „Doctor Mephistopheles”. Trzeci tom i mające w nim miejsce widowiskowe starcia był nie tyle pokazem umiejętności wojowników, co talentu rysowniczki. Mangacy dość często, rysując sceny akcji, pakują ile wlezie w tło, a przy tym niekoniecznie odpowiednio operują barwą i cieniowaniem. Przez to wszystko zlewa się ze sobą, zaburzając dynamikę sceny. Kairi Shimotsuki zrezygnowała z niepotrzebnych elementów i skupiła się na przedstawieniu bohaterów w ferworze walki.

A rysowanie postaci wychodzi jej znakomicie. Co chwila wzdychałam zachwycona jak piękni są bohaterowie. Ciała, włosy, mimika twarzy - wszystko to tworzy obrazy, które ma się ochotę powiesić na ścianach pokoju.
Czy jednak powyższe wystarczają, bym mogła uznać zakończenie „Doctora Mephistophelesa” za udane? Cóż, nie do końca. O ile ogólnie jestem zadowolona z serii i nie przeszkadzają mi jakiekolwiek niedociągnięcia w tej mandze, to muszę nadmienić, że rozwiązanie wątków nie było satysfakcjonujące. Pozostawiło więcej pytań, niż dało odpowiedzi i koniec końców uczyniło fundamentalne wątki miałkimi. Czy mimo wszystko będziecie usatysfakcjonowani zakończeniem? Nie mnie oceniać.

Dla mnie „Doctor Mephistopheles” to udany eksperyment wydawnictwa Waneko. Ta krótka seria miała w sobie o wiele więcej dobroci, niż mogłam się spodziewać. Czytało mi się ją (i oglądało!) bardzo przyjemnie, z ciekawością przerzucałam kolejne strony i śledziłam losy przepięknie narysowanych bohaterów.

Za udostępnienie egzemplarzy do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza